Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
0986 a724 500

"Wymiana listów między Wisławą Szymborską a Zbigniewem Herbertem zaczęła się w listopadzie 1955 roku od oficjalnego pisma per „Szanowny Kolego”, które Szymborska wysłała jako redaktorka działu poezji w krakowskim „Życiu Literackim”. Chodziło o to, żeby Herbert przysłał wiersze do druku.

Już w grudniu 1956 roku jest z Herbertem na „Drogi Panie Zbyszku”, w czerwcu 1961 roku przechodzi na „Najdroższy Zbyszku”. Herbert tymczasem jest z nią już per „Kochana Wisełko” i pozwala sobie na takie poufałości jak „Całuję ręce szyję łokcie i uszy”, „Całuję ręce i całą twarz”, „Jezioro Łabędzie mych dzikich snów, Kolumno i Różo mej tęsknoty”, „Całuję Twą szyję i alabastrowe palce”, „Mój Księżycu, Luno moja, Całuję twoje włosy i promienie”, „Chciałbym z Tobą pojechać do Pragi. Pisz. Całuję wszystko”, a nawet „Całuję twoje kolana łokcie i inne wypukłości” (to akurat w liście zaczynającym się „Moja Żabciu”).

Potem, kiedy Szymborska związała się w 1967 roku z Kornelem Filipowiczem, Herbert robi się mniej poufały. On sam też żeni się w 1968 roku z Katarzyną Dzieduszycką i oboje dopisują do swoich listów prośbę o pozdrowienie dla najbliższej osoby.

Korespondencja z Szymborską nie byłaby korespondencją z Szymborską, gdyby nie było w niej żartów. Herbert wielokrotnie udaje w tej wymianie listów poetę-grafomana nazwiskiem Frąckowiak. Szymborska wspominała: „Otóż po długich, długich staraniach podłączono mi do mieszkania telefon i na tę uroczystą, wstrząsającą chwilę przyszedł akurat Herbert. >To sprawdzimy, jak działa< - wyciągnął notes, w którym było dużo jakichś krakowskich adresów: kolegów, redaktorów, przyjaciół i zaczął wydzwaniać, przedstawiając się w ten sposób: >Moje nazwisko nic panu nie powie, nazywam się Frąckowiak, przyjechałem z Jasła i mam przy sobie walizkę z wierszami, to jest dwa tysiące sonetów i chciałbym bardzo prosić, żeby pan zechciał je przeczytać i ocenić<. Wtedy oczywiście zapadała tragiczna cisza, po pewnym czasie odzywał się tam głos: >Dobrze, ale ja w tej chwili wyjeżdżam<. Albo jeżeli żony odbierały telefon, to broniły jak lwice swoich mężów: >Proszę pana, on jest chory< albo: >Proszę pana, on kończy w tej chwili książkę, nie można mu przeszkadzać<. Jednym słowem, biedny Frąckowiak nie miał specjalnie szczęścia i z tymi dwoma tysiącami sonetów zostawał...”.

Widać, że oboje się ogromnie wzajem szanowali jako poeci. Ona dziękuje mu za jego tom „Studium przedmiotu” (1961) nazywając go „książeczką, która jest piękna (...) Jeszcze raz dziękuję, bo to piękna lektura”. On jej dziękuje za tom „Sól” (1962): „Dziękuję Ci z całego serca za cudowny naprawdę tom Twych wierszy. (...) To jest najlepszy tom wierszy, jaki ukazał się po wojnie, możesz mi wierzyć. (...) Wykupuję >Sól< jak na wojnę i posyłam moim przyjaciołom na Wschodzie i Zachodzie, żeby wiedzieli, jak się pisze”.

Ona do niego o „Barbarzyńcy w ogrodzie” (1963): „W imieniu ludu pracującego miast i wsi oraz uczącej się młodzieży naszej kochanej oświadczam, że Twoja książka to jest prawdziwa książka, którą się pisze dlatego, bo ma się o czym i jeszcze dlatego, że to sprawia przyjemność, w imieniu Wszechświata i jego najbliższych okolic zaklinam cię, żebyś te słowa wziął na serio. Pożywcze to, gęste, faktów pełne, napisane gdzie trzeba z powściągliwą zgrozą. (...) Książeczka ma jednak tę wadę, że się kończy”.

Zdarzają się w ich relacji luki, lata puste, stopniowo coraz więcej. 1965, 1967-70. 1976-79, 1987-90, no i 1991 aż do końca (Herbert umarł w 1998 roku). Jest tylko zdawkowy, delikatnie mówiąc, telegram z dnia, kiedy Szymborska dostała Nobla, 6 października 1996 roku: „Serdeczne gratulacje. Zbigniew Herbert”. Na co ona mu z wdziękiem odpisała: „Zbyszku, Wielki Poeto! Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś teraz męczył się nad przemówieniem”."

Recenzja Michała Cichego.

Reposted fromMaryiczary Maryiczary viaPoranny Poranny

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl